Ufff, udało się:)

Ufff, udało się:)

Strona ruszyła. Jeszcze nie wszystkie podstrony śmigają jak należy, jeszcze pewnie przez kilka tygodni będę wynajdywać niedociągnięcia i głowić się co z tym fantem zrobić ale już przynajmniej cieszy oko i to najważniejsze! Zwłaszcza kiedy „do-it-yourself” jest faktycznie tylko i aż „yourself” – z pomocą wujaszka Googla i niezliczonych własnych prób i błędów 🙂
Nasza stara strona „E&S Handicraft” za niecały tydzień skończy żywot dlatego też postanowiłam przypomnieć tutaj krótki wpis, który pojawił się kilka lat temu na starej stronie a był odpowiedzią na często zadawane mi pytanie: „dlaczego właśnie TO robisz”?

Bo wszystko wzięło się z pasji…

która zadziwia moich znajomych. Często pytają, dlaczego zajęłam się czymś tak egzotycznym jak tkactwo tabliczkowe, zamiast przykładnie uczyć w szkole (uczyłam, dziękuję! :P)
Zamiłowanie, pasja… chciałabym uniknąć takich (na pozór banalnych) stwierdzeń, padających z ust wszystkich rękodzielników ale… się nie da! Bo moja przygoda z rękodziełem naprawdę wzięła się z głębokiej fascynacji tkactwem wczesnego średniowiecza. Setki przewertowanych książek i przeczytanych artykułów, niezliczone godziny prześlęczane nad plączącymi się nitkami przerodziły się w pasję przez duże P. Taką, która sprawia, że raz zamieniam się w detektywa, mozolnie próbującego rozwikłać zagadkę jakiegoś splotu, zrozumieć technikę, jakiej nasi przodkowie użyli by stworzyć tak misterne tekstylne dzieło sztuki. Innym razem wcielam się w hazardzistę, który na Allegro maniakalnie wręcz przelicytowuje innych kupujących by stać się dumnym posiadaczem wełny 100%, „nie – do – dostania” nigdzie indziej. Jeszcze innym – oddaję się w pełni skupieniu niezbędnemu do odtworzenia drobnych szczegółów krajki, której rekonstrukcję właśnie próbuję utkać . Dzień po dniu w moim życiu coraz bardziej przeplatać się zaczęły: głód wiedzy, szczypta wyzwania i radość tworzenia. Przekopując zasoby biblioteczne i internetowe zagłębiałam się w świat nieograniczonych tkackich możliwości. Świat ten pochłaniał mnie coraz bardziej aż zabrakło miejsca dla nauczycielki, a pozostało tylko dla rzemieślniczki – nie artystki, nie projektanta gdyż te szumne etykiety dalekie mi są – a właśnie rzemieślniczki, spod której dłoni wychodzą rekonstrukcje maleńkich tkanych cudeniek. Z czasem okazało się, że moje wyroby zachwycają nie tylko odtwórców historycznych. Tak narodziły się bransoletki tkane. Te z koralików były naturalną konsekwencją poszukiwań nowych materiałów pozwalających na komponowanie równie ciekawych wzorów . Pomysłów wciąż przybywało, pasję zaczęły dzielić kolejne „zdolne łapki” – powstała Pracownia.